20120130

fix und fertig

O
MIŁOŚCI NATCHNIJ ŻAREM ETERU KRYMY MOICH SZCZENIĘCYCH PODRÓŻY!

[

sentir le fagot

IDĘ DALEJ.

la ray


Lubisz kiedy gładko ogolony staje w drzwiach.
Włosy ma ułożone w lekką, połyskującą falę i już wiesz, że na tej fali popłyniesz dalej niż mogłabyś przypuszczać.
Na tej fali zbrodni mogłabyś na całego,
mocno i melodyjnie się puszczać.
W myślach parzysz mu kawę i otwierasz się psychicznie, zapraszasz go, żeby wpłynął, pochylił się nad tobą jak nad książką, spojrzał ze zrozumieniem. (Bo przecież jesteś książką, może leksykonem trochę w obcych językach na poły popełnionym - ale z drugiej strony very powerful z ciebie girl i tym go bierzesz).

Bo przecież bierzesz go do domu - a potem całego do ręki i śpiewasz nad tym wszystkim wisząc duchem i spojrzeniem wyobraźni, śpiewasz mu lękliwą kołysankę. Bolą cię też paznokcie u stóp i boli mocno cała głowa, gdyż dzień wcześniej nie pozbierałaś się na czas i utknęłaś w luce pomiędzy krzesłami, z kostką skręconą pod nienaturalnym kątem. I ledwo co wyjęłaś się z tego party, na którym posplatane głosy zadusiły słowa.

I o czym myśli taka żałosna postać, cała zgarbiona, zwijająca się do domu opustoszałą ulicą, z parasolem, bo niebo bełta na całego granatową lurą. I co jej łazi po łbie, kiedy potykając się, wyhacza co lepsze krawężniki. Drone. Well done.

Prawda jest taka, że chcę żebyście się wszyscy, jak jeden, porozszczepiali na małe gryzy i poskładali na nowo te swoje tamburyny, wargi, usta, gębowe jamy, czy jak zwykliście zwać swoje twarzoczaszki. I spierdalać. To mówi właśnie.


Grzebię sobie teraz w głowie, w najbardziej przepastnych czeluściach czaszki i czuję, że to w środku, to czysty internet. Nieogarnialna masa, z której nie potrafię wyłuskać najdrobniejszych romansów i ciastek

wild thing

starsze baby nago, bardzo stare kurwy, nagie staruszki, babcia z mlodym ... po czterdziestce piedziesiatce szescdziesiatce grube kurwy puszyste grubaski i ...Darmowe darmowe filmy porno starsze polki za darmo robią co zechcesz: stare babcie robia loda stare i mlodzi erotyka. erotyczne gry flasch grube stare baby ...GRUBA DZIEWICA, OSTRE JEBANIE MAMUSKI I MLODZI CHLOPCY, BABCIA SEKS TV, ... wielkie baby darmowe filmy erotyczne dupcia matki starsze se free ...Opis: mamusie i chlopcy za darmo stare grube dupy po 50 dojrzale porno stare baby i młodzi chłopcy sex. Ocena: Wyświetleń: 267 ...stare grube baby foto ... Opis: młodzi chlopcy stare mamusie starsi panowie i mamuski zboczone trzydziestolatki puszyste starsze cipy. Ocena: Wyświetleń: 348 ...babcie puszyste porno, stare baby liżą stopy, darmowe porno z 70 latka ... darmo, sex filmy starsze kobiety, pizda 70 letniej kobiety nago, stare baby wala młodych ... stare huje ruchaja młode cipki młode i starsze les filmy za darmo stare grube ...SEX UKRYTA KAMERA STARE BABY, SYNKOWIE DUPCZY SWOJA ... free, porno zdjęcia grube, filmy porno stare baby młodzi chłopcy, fotka.plzdjecia, ...


Młody, przypilnuj kuchni. My z panem ... z tą świnią?! Kuba: Nic nie słyszę, bo jakiś debil się drze przez megafon. .... W paszczu 50, a za seks. Jak wygląda kwestia uczestnictwa młodych katolików w niedzielnej Mszy .... oprocz finansowej, bariera w postaci decyzji jakiegoś debila, ktory ...Pijany siedemnastolatek, który uprawiał seks z koniem, dostał 500 złotych mandatu. ... że młody mężczyzna próbuje ukraść pasącego się na polu źrebaka. ... Skoro jest temu debilowi wszystko jedno gdzie zasadzi swego ...Dodany przez użytkownika techn0 i oznaczony tagami: 09, Paluch, mlody, krzyk, ulicy, feat, PTP, mp3. 09 Paluch ... 07 Paluch - s.e.x. (sex edukacja xtasy) ...Gdy jakiś pieprzony, młody morderca zabija ( w swoim mniemaniu) mordercę, ale jest to na rękę ... Debile oprą swoje zdanie na strzępku informacji z mediów.Co niektórzy sugerowali, że młoda gwiazda może być w ciąży z Bieberem. ...... justin bieber to huj i debil i nie jest wart selenkilove sel-♥♥ ...... czasu z jej mamą w szpitalu


cash&BACH

Znowu wygrałem pieniądze.
Nie powiedziałaś ani słowa.
Postanowiłaś widocznie nie stosunkować się do moich sukcesów.
Jak zwykle statyczna, z szyją lekko odchyloną na północ.
No to napiję się, powiedziałem, choć za grosz nie było w tym współczesności,
z jaką wygrałem te pieniądze.




W konkursie na odpowiedź na pytanie na czas.
Ach. Zawsze pragnąłem kobiety,
która podziwiałaby mnie z równą mocą,
z jaką ty ignorujesz, po prostu rzucając mi przelotne spojrzenie i wychodząc na miasto.
Charles byłby z ciebie zadowolony.
Powiedziałby, że jesteś niezależna,
jak on sam - a przez to w zupełności godna miana Jego Kobiety. [ and that is how you make love to a guitar ]

Ale jako moja kobieta jawiłaś mi się z małej litery,

otulona w gepardzie cętki,
z torebką, ciasno przylegającą do boku.
Wychodziłaś właśnie, zamiast świętować sobie ze mną. Wychodziłaś bez słowa i tylko mój pot lał się po ścianie Twojego wzroku.
Nocne miasto należało do ciebie i nawet nie mogłem zanegować tego wstydliwego faktu.
Po prostu ukryłem głowę w prześcieradłach i starłem się sam ze sobą, w pełni tego słowa znaczenia, spadając na ostrą wykładzinę i zdzierając sobie z czubka nosa naskórek.
Krew.

................................................
................................................
................................................
................................................
................................................

Na krew najlepsza jest wódka.
O ewidencjo.
W tamtej sekundzie, powolnego, pre-pijackiego spadania, postanowiłem znaleźć sobie kochankę na gadu-gadu.
Albo czymś bardziej upokarzającym - na czacie.
Taką, która czekałabym na mnie daleko, nie wiedząc nawet, jak naprawdę mam na imię i jak mało jestem wart.
Wyszłaś w nocne życie, w galerie i ociekające tłuszczem obrazu nowego wieku. Ja zostałem.
Żałosny sodomita czekający żony.
Nie pogrążysz mnie, myślałem sobie,
usiłując odepchnąć wizje twojej pięknej twarzy,
naznaczonej ciemną linią regularnych brwi i ust,
za pomocą których torturowałaś mnie godzinami.

Żono, dlaczego poprosiłaś mnie o rękę, wiedząc, że będziesz najlepszą kobietą dla kogokolwiek innego, tylko nie dla mnie, kochającego cię naprawdę i przez to ginącego w męce.

Żono. Zobacz, zaraz klęknę.
Klęknę przed przeklętym ekranem i przyzwę do siebie twoje sumienie, zaklęte w postać ciemnej bestii spod znaku nicka ,,tara666", sasha_almost_grey". Będę płakał najmocniej, bylebyś mnie nie zostawiła, na pastwę tych małych sprzedajnych smerfiątek, podających mi rękę na przejściu dla pieszych Grochów-Ulica.
Ty mnie nie zabij.
Ty mnie.
Ja proszę.

Czas płynął - a z ust obezwładnionego żalem Jakuba, sypały się iskry.

Ból, był wszechogarniający i niemożliwy do znieczulenia, wbrew wszelkim przywołanym na pomoc nimfetkom i kilkunastominutowemu brandzlowaniu, pozbawionemu logicznego finału.

______________________
W oczach mam łzy.

Sama rozumiesz.
Umieram.
Nie po to się zdradza, żeby potem kochać. Skrajnie zasadzone uśmieszki nic ci nie pomogą pornograficzna marzanno.
Zawsze będziesz, gdzieś pomiędzy wierszami, przywoływała swoje przeszłe trupy.
Zawsze jakaś Sodomia będzie panowała nad twoim umysłem. Nie po to mnie teraz dotykasz, żeby potem nie pomyśleć o kimś innym, bardziej pociągającym, weselszym i silniej oddziałującym. Ty idealna.

Analizuję się.

Skanuję, komórka po komórce.


_____________________



A TY

Kiedy uświadomiłem sobie, że to, co doskwiera mi tak mocno od wielu dni, jest zwykłą samotnością, poczułem strach.
Szedłem, po raz kolejny, zieloną dolinką swojej jaźni, wprost do łaźni doktora C.


Powiedział, żeby usiąść i to z siebie wyrzucić. Siadam więc.

Nic jednak ze mnie nie wylatuje.
Nawet tagi nie zmieniają się,
ani horyzont nie blednie.
Tylko drzewa szumią, choć nie płyną.
W środę odezwie się pośrednik i przypomni, o czym zapomnieliśmy.
Ale teraz już siadam - cisza wokół jest pergaminowa i oparcie uwiera w plecy.
Sceneria jest taka, że mamy dworzec,
duży,
ale niezbyt czysty, taki na pograniczu Warszawy
i Katowic, dwóch polskich miast.
Przede mną jest stolik przykryty białym obrusikiem,
okraszony dzbaneczkiem z kwiateczkiem
i filiżanką w niedbałe esyfloresy.

W kawie pływają białe nerwowe strzępki mlecznej masy i wiem, że niczego z nich nie wywróżę.


Wypiję tylko, bo kosztowały 6 złotych i szkoda by tak było je zmarnować.
Matko bolesna.
Może i bym wstała, ale nie mam wizji.
Nie sposób wejść w przyszłość, której nie da się sobie wyobrazić - o ile nie zostanie się w nią siłą wciągniętym.

Ale gdzie się podziała ta siła, która ciągnęła.
Gdzie się podział kamień, który gniótł.
Amen. Gdzie.

Lampa chwieje się mocno, ziemia drży od przejeżdżających pociągów, powiewa od tunelu.

A ja chyba oszalałem od zapachów.
Mówię do przeciwległego kąta,
że śniło mi się dzisiaj silnie,
potliwie i twardo.
Aż nadleciały masy i spadły w usta.
Niepokojące chybotliwe

fantazje przeszedłszy w real, jęły dławić.
v
a misty biedy twa narodziewiska

w swej igrałacz pierzałunkiełzać wszyca,
już dla oddaleki kwiat nieje,
co cia cie ciecie jednodnianiewnieciąga
czarna

Już nie siedzę.
Leżę przecież.
Tutaj mam urodzić, nie ma wyjścia ewakuacyjnego,
emigracja lekarzy wyleciała kluczem na południe
i już tylko biedny został weterynarz.
Chcę umrzeć, tak,
takie mam życzenie.
Dziękuję za kawę, rachunek spłacony.
Teraz tutaj będę leżeć -
a to, co wypadnie ze środka, wytoczy się i zdrapie szczęśliwie złotą powłokę ze szczęśliwego numerka.
|||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||







video

Od braku pola jestem chory.

Okna lecą mi ciągle kątem ucha i widzę,
jak mijają za nimi pocztówki, gdzieś z Polski.

http://snimisie-snimisie.blogspot.com/2012/01/no.html ????????????????????


Ale już przecież wylądowałem,
już stacjonarnie się mizdrzę do odbiornika.
A odbiornik niczego ważnego nie odbiera, tylko resztki sił moich egzystencjalnych,
tak, że w środku to właściwie już tylko deszcz pada i wypełnia narządy.

Spierdolona materia zdania i kabel od reflektora.
Tyle znajduję wzrokiem,
leżąc z twarzą bardzo blisko brudnej ziemi.
Stulem do kafelek.

Nie, ja już chyba jednak nie przyjdę.

W myślach oddzwaniam na telefony i odpowiadam na pytania.
Więc już nie nacisnę zielonej słuchawki.
Zaczyna się wielkie wzdęcie, owocowanie będzie wybuchem będzie, nieszczęśliwy będę, o ziemio.
Zatkanym będę, o zimno.
Treska osunie się na ciemię i rzęsa odlepi od gałki, jak siatkówka.
Podrapię się i pod paznokciami znajdę krew. Nie wstanę.

Kiedy już wyrzucę z siebie śmieci, ciężar spadnie do zera i nic nie zostanie po mnie.
Bo to, co ciąży, cieszy.
A reszty po prostu nie ma.

Bezwiednie surfuję po internecie i znajduję kolejne ślady. Pochylam głowę i wypijam kolejne kałuże. A kiedy świat staje w gardle i śni się ciężko.

Mam okres.
Płaczę.

Nie mam.
Płaczę.
___________________
Coraz bezgorzej. 
Ruszać się może nie. 
Może honor, ale raczej ulica. 
Na ulicy pies.
kręgosłup formie złamany, przysięgi i wstęgi też
niech wyjdzie tłum roześmiany i rzuca się
jak chcesz.



W sumie to tępe to epitafium, co to je chciałem sobie napisać, 

ale długopis wymsknął mi się w pokrzywy, 
więc dłoni tam nie wkładając, 
ratowałem się tylko przed unieruchomieniem zdrowotnym, 
rodem z drewnianej chatki babci Jadwigi. 
Na poczcie niczego nie udało mi się ustalić - 
i jedynym, co udało mi się załatwić 
poza rachunkiem za prąd), 
był nieżyt nosa 
pastwiący się od rana na obydwoma dziurkami, kanalikami i jedną, b.d. winną przegrodą. 
Zapłaciłem mandat, 
który dzień wcześniej, 
w nieludzkiej siódmej godzinie poranka, wystawił mi dobroduszny kwestor na rzecz sprawiedliwości komunikacyjnej państwa PL.

Rano, jeszcze w pokoju, darłem gazety z wściekłości i sypałem strzępami z okna cały wkurwiony i popruty mentalnie, 

o Dario.

Rozebrałaś się, więc ja też. 

Tyle, że skręciłaś w Głowackiego 

a ja w Kopernickiej - i to właśnie sprawiło, ze nigdy już nie udało nam się zetknąć - i dopełnić obowiązków.


Miął mi się tego dnia kołnierzyk trzy razy bardziej - 
i o wiele mniej wiadomości 
i powiadomień dostawałem na fejsbuku, 
choć korespondencja stanowiła przecież jeden z najgorszych moich nałogów, 
poza oczywiście, 
miłością do ciebie, 
ciemna Ty.

Dachowałem tamtego dnia raz za razem, 

z Twoim obrazem przed zmęczonymi poceniem się czoła oczami. 
Gięłaś się i dęłaś, 
cała w bieli - a ja rozpakowywałem pliki illustratora piątki 
i swędziało mnie wszystko do przesady - 
tak było mi źle z tą zblokowaną 
za oknem wiosną panienką niczyją i jej klawo rozwianymi sukienkami 
w piwonie. 


Kierownica kręciła się tylko w  
jednym kierunku, kierując się tam, 
gdzie wszystkie moje zabiedzone od monotematycznego zawodzenia myśli. 
Chciałem z tym skończyć. 
Spacerując po mieście 
wpadałem pod samochody 
i traciłem ręce w deszczu spadającej blachy. 

Krępujące spojrzenia 
z drugiej strony ulicy wybijały mi oczy 
i nadgarstki, 
tak mocno, 
że krzywiłem się idąc. 

Choć nikt nie widział jak cierpię, 
bo ja cierpieć potrafię z oczyma na kłódkę zamkniętymi. 
Tak. 
A przynajmniej kiedyś, 
w latach młodości, 
moc taką posiadałem. 
Dzisiaj, 
to już niczego nie wiadomo, 
bo informacje zagłuszają szum i chichot.

Pamiętasz, La Garçonne, 
jak pojechaliśmy do Paryża 
i robiliśmy sobie zdjęcia z kwiatami zła, 
zanim ta stara fińska siksa 
zgarnęła na szuflę wszystkie co do jednego. 
Rozpraszała mnie szuraniem tym całym swoim, fartuchami i kieszeniami pełnymi 
biletów do cyrku. 
Przecież śnić tam pojechaliśmy, 
La Garçonne - a nie słuchać łopaty. 
A ona toczyła się dokoła nas, 
berta gruba na pokuszenie - 
i sypała prochem, 
tym strzelniczym, 
co został im jeszcze wojny, z zagranicy zwożony całymi beczkami - 
podobno na żarcie dla bezdomnych psów - ale tego już dzisiaj w sumie nie wiadomo.

Ale nie... 

nie na długo udało mi się wyjść z internetu. 
Wiadomości trzepały jak zwichnięte umysłowo a skrzynka kłapała tylko na megabajty 
i sraczkę imperium.
Zaczęło się znikanie systemu.
Newsletter.
Noletter.
Padnij, powstań. 

Nie wiedz.
Leciało się w dół na tym wodnym łóżku, 

 niby w chmurze myśli, 
ale nago na kolanach 
i tylko resztki przytomności kazały łapać się ścian i drapać lawę. 
Klawo. 
Czy jeszcze jesteśmy pijani, czy już martwi. 
Takie proste pytania nasuwały się.
____________________________________________________

A białe wstążeczki w moczu - 
to białko. 
Tak mówi pani doktor wpatrzona w plastikowy kubek. Najbardziej lubisz rzeczy te, 
które nie miały miejsca, prawda? 
Muszę cię zmartwić, 
gdyż to zjawisko a nie żart.
Więc wychodzę w śnieg wiosenny nie pozwalając sobie na przystanki w przechadzce 
i kwiaty spadają z drzew. 
Idę tak długo aż wreszcie ją zobaczę. 
There`s one answer. 
At the back. 
(Don`t look, don`t copy - that`s cheating). Collaboration is the stuff of growth.
__________________
Śnieg ze łzami pomieszany. 
Znowu udało mi się zacząć, 
jak zwykle pod presją nadciśnienia nerek. 
Te wstążeczki to białko, mówi pani doktor 
i patrzy z troską w plastikowy kubek. 
Jeżeli nie zaczniesz się tym zajmować na poważnie, to może być krucho. 
Te białka! 
Nie mogę zaczynać w takim ciśnieniu... 
każdy już wygrał swój konkurs, 
nikt nic nie wie. 
Teraz, blisko zakończenia, 
ukoronowania właściwie, 
zaczynam mieć coraz więcej pomysłów. 
 
___________________
O szóstej rano tak dobrze wychodzić 
z domu i na zdjęciach. 
Gubić. 
Uciekać. 

Czasu jest zawsze na tyle, 
żeby smażyć makaroniarskie historie 
na podołkach sierot. 
Daj kawy. 
Aldona, już wiem, że mam imię - 
potem znajdzie się cała reszta. 
Najpierw sprawdzić - potem nazwać.

************




Jak to jest, zgubić dowód osobisty na pograniczu maja i czerwca? 




                                    
No, krwawo jest, proszę księdza, 
nie można, 
jak dotychczas, uczestniczyć i pośredniczyć. 
Co więcej. 
Niemożliwym jest cokolwiek swoją obecnością zaświadczyć - chyba, 
że się skądś tam, zagraniczny wyjmie paszport. 
Na nic, karta NFZ, 
dwie legitymacje studenckie, EKUZ, EURO26 
i licencja na zabijanie. 
Tak się czuje, jakby coś wmiotło twarzyczkę pod dywan. 

Nie pociesza nawet osiem legitymacyjnych u fotografa, który wbrew naturze, 
dorysowuje w oku dyskretną, drugą źrenicę. 
Ledwo co się człowiek uśmiecha, 
kiedy ma za sobą wejście po marmurowych schodach na pierwsze piętro, 
gdzie w pokoju 23 śliczna Pani uśmiecha się niepokojąco czarująco i prosi o dokumenty.
Nie mam dokumentów, jestem zbiegiem, 


Piękna Pani, może kopię przyjmie?
Nie przyjmie, 

na falsyfikacje nie ma u nas miejsca.
////////////////////////////////////////////

WYCHODZĘ
/////////////////////////////////
Wlokąc się słoneczną, słodką ulicą, 

trzepiąc się aż z zagubienia tego całego, odpychając chęć wsunięcia się pomiędzy tamten, rozgrzany od słońca asfalto reale - 
a opony tego, owego autobusu. 
O matko. 
A na przystanku miłostka z czasów, 
kiedy jeszcze obowiązywały jakiekolwiek definicje, 
z czasów przed dekonstrukcją. 
Bródkę ma i jakieś boki takie, brązowe, 
nietypowe, wcale już nie chłopak z piernika, 
taki jak wtedy, 
kiedy do świata był ograniczony dostęp. 
Siada, zajmując miejsce pomiędzy pozycją na temat kanibali - a filmu o narkomanach. 
Ja obrażam mailowo przewoźnika i jest gites.

I tak płynie sobie, wisła biała po polskiej dzięcielinie. I pała. 

Jest dopiero 15, 
a ja już funkcjonuję 10 godzin, mając niezłe perspektywy na kolejne tyle samo.


__________________________________

from helena with love

Okej, teraz to już chyba naprawdę zdarzyło mi się oszaleć.
Wiedziałam, że wlazł chłop w nieszczęście,
pogrążył się w nim i zawisł na tej cienkiej nitce pomiędzy śmiercią a zdychaniem.
Od kiedy puściłam go z błotem, zalewając wanną bluzgów, których był po stokroć godzien, odczuwałam lekkie kłucie w sercu.
Przypominała mi się owłosiona dupa wypięta wprost w niebo
i psie oczy zaprzęgnięte w jarzmo pragnienia.
Co to było za pragnienie; co to za sflaczałość umysłowa, kląskanie refrenów.
Pełganie pod stołem, do stóp jakieś się przytulango.
Przypominało mi się to całe klapanie, klapsanie,
ciosy puste, prosto w przestrzeń
i myślami niosło w miesiące późniejsze,
wprost w krew na ścianie w mieszkaniu,
innym już zupełnie, do innej osoby przypisanym -
ale zarazem równie spieklonym i zjebanym od progu.
A właściwie to od momentu spotkania lokatora&landlorda.




Wszyscy cierpieliśmy na bezsenność, nie było więc innego wyjścia,
jak tylko wlec się noga za nogą od drzwi do drzwi
i jełczeć u dzwonka o jabłko adama
czy inny knykieć-łokieć
pachnący obłędem.

http://snimisie-snimisie.blogspot.com/2012/01/wild-thing.html

Od kiedy jednak kilka miesięcy temu poszło szkłem po żyłach trochę się u wszystkich uspokoiło.
Pokornie śmierdzą we własnych mieszkaniach lecząc niedogojone blizny i udary trzewi.
Leją im się z wątpii wprost na podłogę niepojęte bełty tysiąca języków.

Ale póki co stoję w oknie, właściwie to już na balkonie,

wgapiam się
w ulicę tysiąca soczystych łydek
i łysin
i myślę o tym,
że on potencjalnie mógłby tamtędy iść.
Chwiać się lekko na tych swoich zapiętych w buty po kolana nogach, na których pod osłoną spodni,
jasnokabaretowe rajtki i przeświecająca skóra
a na skórze blizny takie jakich chciał się nabawić
od szóstego roku życia wzwyż.


tłumaczył, że niektórzy tak mają, niektórzy oni,

ci którym natura w genach poskąpiła sentymentów
i przywiązania do rodzinnych wartości.
ludzie silni, mówił, tak, właśnie oni, mogą czuć więcej
i nie zginąć, nie zostać zaciukanymi przez psią sforę ujadaczy węszących na każdym kroku.
karać.
nagradzać.
są proste zasady mówił wpatrzony w obiektyw wpatrzony
w lustro wpatrzone w nas dwoje.
umowa była taka, że będziemy trzaskali pączki aż do porzygania, tak jak się zwykle trzepie wódę,
przed lustrem, z romantycznymi świeczkami
w prześlicznych świecznikach.




tylko jego i moje różowe hewtanie, lukrem i balerinkami,
nad stajenką koniodajną, złotokrowiem sianeczka
i kołysaniem dziczy.

wypowiadał słowa mocne na zmianę
z miękkimi,
psychologowie twierdzą, że to uspokaja.
podniecenie w bezpieczeństwie,
akceptacja w nieznośności.
w końcu schylił się pierwszy
i wprost na moje udo, ciepłym szeptem żołądka,
popłynął aż do pięty.
odpowiedź nadeszła po chwili i już oboje umazani wszystkim, one man one jar, midnight movies,
listen to the radio,









już trwaliśmy w niezdrowym jakimś sklejeniu ustnej defekacji szukając pomiędzy zębami odpowiedzi na
pyta nia ostateczne.







Ale już w środku było jakoś pusto,
tłuszczu z tego nie będzie na udach,
ale nie o to chodziło,
wewnątrz było jakieś takie zostaw mnie bo zaraz skonam,
ale przez cienką błonkę dało się słyszeć pieszczotliwe ssanie
i grzechotanie kości.
czeka nas trash humping, co będzie potem, modlitwa do słońca i ucieczka w religię,
pewnych rzeczy nie można tak po prostu przebyć,
przejść do porządku dziennego,
trzeba być bezmyślną chujem, nieokrzesanym kurwą.
trzymajcie mnie za szmaty, bo tutaj jakiś się howl na światło dzienne świąteczną kolacją wyrywa.
w zamku terkocze klucz - jeszcze tylko tego nam brakuje.

czyjaś matka z psem i makówkami a my w pieszczotę bełta odziani patronko święta
pewnie jakaś wisisz nad czynnościami fizjologicznymi, pewnie jesteś szafą i podłóżkiem, miejscami, gdzie można się schować -
nie zostawiaj mnie&tego kutasa
w sytuacji podchodzącej aż tak do gardła,
że aż przelewającej,
przebierającej,
szalę,
szalet,
szaleństwo,
szalik,
załóż szalik - daje się słyszeć zza okna.
i już ja wiem, że to tylko listnosz, ten kto furkał -
a stuknęła skrzynka.
wyrywam się z bełta męskiego
wprost w łazienkę osłodzoną cifem i szuraniem prania.
całuję wręcz połyskującą twarz sedesu
i wbiegam kafelkami pod masujący wodą prysznic.

mam gorączkę, 300 i pół stopnia.
oczy zabite dechami.
rzyg gnije w pokoju
marszcząc swoje pocieszenie.

w łazience ma na szczęście jakieś barachło do wdziania, uciekam więce bez słowa,
bo to pierwsze piętro,
wprost w bezsenną cimę lata.
ohydna uwalana kozami wieś zatacza się od wycia bydła i słyszę jak po kątach wloką się jaszczurki.
ucieczka wskazana.
w oknie widać zza kawałka odsłoniętej firanii,
że blisko już,
za chwilę już różowym grzybem atmizuje wprost w dywan potencjalne swoje kurczęta i wymiesza,
wydali, czym jest przy tym aborcja,
kościelne paszczałachy co drzecie sobie platfusem grzybielce w hosannach! tam na dywanie giną miliony istnień,
padają w objęcia roztoczom,
pierdolona armia niepotrzebnych ludzi,
którzy i tak umarliby z głodu przez Amerykanów

[ i czuję jak się włącza polityczna łajza, czas wsiadać na rower i pryskać na dzielnię, nic to, że siodełko wpija się w pośladki, celulit amortyzuje ból, żal, głupotę],
brud i tak już nie zejdzie,
piłatowe popołudnie dałna,
czkanie,
czekanie na ukamieniowanie.

ale tymczasem rybne stawy szumią wodnistym srebrem, słodyczą rozlewa się letnio-wieczorna pornucha i kłącza wybiegają na chodnik puszystymi ramionami
i gumowa opona rowerowa obraca się w prędkością generującą muzykę.
muzykę dla moich zmęczonych,
zarzyganych uszu.
i wracam do domu się uczyć, całować z książkami.
stronice mełtać, wzrokiem pełgać, płaszczyć się przed bóstwem.


na pewno w zakolanówkach, w uczebnym świątobliwym wdzianku. choć już w tle gdzieś mózg obrasta chujem, grzebie się w tym zakleszczeniu główki, nie może zaradzić.
będzie ipsacja letnia burza zgon zejście na niebyt.
na moim kwadracie dzieją się rzeczy takie, że stary byś nie uwierzył.

nie czuję nawet że czkam do jakiegoś zapijaczonego franca, co się ścieżyną toczy po kolędzie.

- no to lato jest, czy zima, pyta moich obnażonych nóg wysuwając ozór. diabeł, grzechotnik plamisty,

syczę mierzwiąc swoje uczesanie.
jest lato,
szopka była w domu tego tamtego,
co mu się plecy pocą kiedy
szuka ujścia dla swoich świńskich pociech.
ciemna to była żaluzja istnienia,
ta oddzielająca nasze kwadraty,
co leżały właściwie w sąsiednich,
równoległych lasach napęczniałych
od utuczonej hipnozą zwierzyny,

teraz jeszcze tylko chciałam upiec homosamca na jakiejś patelni z nutką czubrzycy, ciecierzem i fikołkiem kołpejskim, byle nie miał wąsa. dość wąsaczy.
wąsacze to chuje.

teraz zaproszę takiego pięknego czyściocha do swojego domu ubranego fijołkiem i komżą i małżem go swoim chaps,

wprost na ściadanne litanie dziewannie, wyśpiewam.
i tęcza będzie nad kominkiem miast ognia w sercu.

uch płakać!!!!!!


uda drżą zaniepokojone pedałowaniem,

las coraz głębszy, ciemniejszy,
ale jakże mój, jak roziskrzony,
zapachniały jodłą, świerkiem,
osiką rozedrgany.
zatrzymuję koło, kładę głowę w trawę,
podtopórnocy.
pnie brązowieją w ciemności i kocham teraz na całego Platona, słodkiem okiem jednego takiego.
takiego.
nie mam słów.
(dobry znak. kiedy braknie zupełnie będzie miłość).
ale póki co przewracam gałami, straszę księżyc likantropijnym ślinieniem rozcięcia, uśmiecham się do niego nawet spod byka patrząc prosto w gejzer.
teraz to już mi się na pewno uda. szczytować.
wsiadam na rower, siodełko fatalne,
coraz większe siniaki,

to lubię, proporcjonalne najlepsze.

hajle, hatte, hejt, heft,
prawie wszystko wypłynęło z głowy,
rdzeń jednak przetrwał,
pomimo upuszczenia płynu.
cała moja miłość niespełniona koncentruje się na świecie. jakie te paprocie bliskie, zielone

snimisieze



bardzo mocno, tak że we śnie tylko pot i łamanie paznokci
stukot miażdżonych kości
skrin rogu obfitości
no patrz!
video
kiedy widzieliśmy się ostatnio byłaś dziwnie nieobecna.
Posyłałaś mi na skrzynkę esemesy, wprost spod stołu, przy którym siedzieliśmy.
Twoje łydki, pociągnięte kwiecistymi pończochami, skrzyżowane z nogami niebieskiego krzesła i paznokcie niepokojąco postukujące o krawędź pełnej
filiżanki, mieniły się w świetle poranka.
Sypałem Ci w tą herbatę cukier i lałem żółtawe,
słodkie mleko.
Na stole pstrzył się tabun czekoladowych koników i pełnowitaminowych wazonów
wypełnionych jadalnymi kwiatami.
Miałem oczy wielkie jak spodki*pod wpływem Twoich.

A Twoje były, jak stawy zakryte zielonymi rzęsami.
Tak je widziałem. Pełne ryb świszczących między kamieniami.
Tak je widziałem.




Twoja twarz odbierała mi ostatnie słowo, kiedy pod stołem,
posyłałaś esemesy do wszystkich tych, na których nie mam ochoty czekać.
Puentowałaś mnie zgrabnie swoimi welurowymi poduszkami na ramionach, żakietem i pełnią prążkowanych wyłogów.
Na kolanach położyłaś torebkę, piękną jak sen o obrazie Basquiata i tylko resztki rozsądku, zaoszczędzone

na tą nieskończenie smolistą godzinę powstrzymywały mnie przed
wyskoczeniem oknem i ukróceniem męki obcowania z Twoim złotym cieniem.

Nie mogąc przestać bawić się tym wspomnieniem, wciąż żonglowałem piętnastoma minutami chwiejnej zimy, tak brawurowej w Twoim wykonaniu.
Tak wspaniale skontrastowanej.
Tak nieznajomej.
Tak zaciskając po niej zęby – a w zębach bilet autobusowy – mówiłem do siebie, pozwalając sile rażenia wgniatać się w panele.

Mówiłem sobie.
Że wszystko inne, tylko nie Ty, tylko nie kościół, nie chcę już kościoła, dorożek do nieba, psiego przesiąkniętego głodem, ulicznego żebractwa.
Nie. Tylko nie kolejne zagrożenie, nie, wybacz mi, nie mogę wyjść, nie mogę się postawić, nie jestem już młody i stopy odmiawiają mi posłuszeństwa.

Ale nie mogłem się ruszyć.
Pokoje były pełne światła i oddechów, w progach stali uśmiechnięci, jakimi już ich chyba nie zobaczę.
Nieznani, jakimi już ich chyba nigdy nie poznam.
I byłaś blisko.
Byłaś tuż nad podłogą, wypruta jak kieszeń przedwojennego płaszcza.
Przystrojona przepysznie, odarta z tynku i wibrująca od obrazów.
Byłaś, znalazłaś mnie, anteną, systemem bardzo-naprowadzającym, maszynką do liczenia słów.
Nie przejmując się aurą przekleństwa.
A zima unosiła się coraz wyżej, ponad smog i niepoliczalne jednostki duszy.
Czego wcześniej nie było w moim gardle, huczącym od odłamków i wyziewów benzyny!
Ale udało mi się ustać, z szumem bardzo mocno zabielanym i umysłem na krawędzi faktu.
Faktu – tak.

Zaparłem się jednak po raz pierwszy, mocno godząc łokciami w wieszak.
I pociekły ze mnie potoki szalików i krople rękawiczek, kiedy tak usiłowałem nie podnosić wzroku i siłować się z lodówką.
Twoja twarz nad stołem.
Jak znak z księgi wejścia do niepokojącego morza.
Jak rozchylone usta, z którymi nie potrafię się siłować.
Jak zatrzymane w pędzie, dymiące od gniewu alfabety.
Jak pies, który nagle ujebał mnie w palec, jeszcze chwilę krwawię – a potem już tylko bandaż.

Czy chcesz, żebym skończył?
Powiedz tylko słowo, a uzdrowiona będzie...

Ale siedzisz.
I musisz jeszcze więcej, nad to siedzenie.
Jeszcze bardziej mnie pogłębić, unieść trzydzieści centymetrów ponad jeden procent, zbawić i przytrzymać. Więc łapiesz się łyżeczki od cukiernicy i książki z półkami. Lewa książka, jak obciążnik, spycha pustkę w nicość.
Jesteś magnes i magnez.
Jesteś magnezja.
Kwiat kamień papier nożyce.
Jesteś grą, w której wygraną jest trwanie.
A ja się tutaj. Aj.
Zawołaj mnie...

Próbuję wypluć język po pierwszym kontakcie,
ale ciężko tego dokonać,
bo niespodziewanie zastygł w niesmacznej pozycji, przylepiony jakby do mojego.
Kule, temblak, szczęka jak klatka, usta zaciskowe,
coś jakby tamowanie krwi, brakuje mi porównania.
Zębów nie sposób zacisnąć, bo ugryziony wrzaśnie.
Trwamy więc wspólnie w tej nowo postawionej nieruchomości i zmagamy się ze swoimi policzkami.
Same różnice między nami – jego drapią, moje miękkie.
Ser topiony spojrzenia, marchewka z groszkiem w miseczkach, kocie języki w galarecie.
Ah larks tongues in aspic wspak desdemona 3, 2, 1, 0 start. Jem dużo, tylko to pozwala mi przetrwać w ciemnym lesie rozoranym przez lisy.
Trwam w wyobraźni, wokół dym, jak fanfary pary,
otula nasze niesmaczne przepychanki
i kuchenny kąt ze śliskim linoleum zamienia się
w kryjówkę kochanków.
Trzepie w czerep, zapisz jako, zapisz to jako ,,wydarzenie”.
To jeden z takich eventów upamiętnionych pamiątkową fotografią,
eventów takich, gdzie ja i na dodatek on,
w uślinieniu
paramy się zmierzchem.
Dzieje.
Historia posoki.
Blady płomień gniewu.
Widma zemsty. Świt będzie jak topór.
Epi oinopa ponte vechhio.
Czuję jak łzy wzbierają w galaretowatym kąciku oka, zbiera mi się na ryk.
Sterczącym uderza mnie w udo,
udo jak drewno pochłania cios z głuchym westchnieniem.
Głęboka przyroda w naszych głowach.
Wreszcie się odlepiamy i zawisamy w zaspanej słabiźnie...

[
Po latach wychodzę z impasu. Wysuwam się z ust. Wyjmuję z uda drzazgę i paznokieć. Posuwam się szeptem wzdłuż ściany, ceglanego muru, jakich wiele w tym mieście. Uciekam przeznaczeniu, kałużom, krzykom i krwawicy i pędzę na złamanie karku, na pohybel białym wielorybom, ku rozsądnym wrotom świątynki na Siennej i tam... i tam... Uśmiecham się do miasta. Przekrawam stopami chodnik i pozostawiam niedopałek w kratce ściekowej. Usta szczerzę do krat zakładu karnego i neogotyckich kościołów, o oczodołach ziejących duchowym spustoszeniem. A potem spotykam Karola i podaję mu rękę na powitanie, przytrzymując chłodne palce o kilka sekund dłużej, niż dopuszcza to etykieta. Joł, mówię, i nurkując w jego fioletowych tęczówkach, dostrzegam białe plamki wielkości półziarenek piasku. Idziemy na kawę, która z automatu ciśnieniowego urodziła się już zimna i niesmaczna, ale tania i pożywna. Patrzę mu w oczy mocniej i pytam, czy także dostrzegł te rany na mieście, powstałe ewidentnie zeszłej nocy, przykryte plamami wydalin ludzkiego ciała,
obficie spryskujących krajobraz każdego weekendu.